Kiedy HBO zapowiedziało „Ród Smoka”, fani „Gry o Tron” poczuli ekscytację godną Daenerys przed pierwszym lotem na smoku. Ale jak to bywa z prequelami – nadzieje są wielkie, a rzeczywistość potrafi przypalić pizzę. Na szczęście „Ród Smoka” nie tylko dowiózł, ale przy tym rzucił własny cień smoka na ekranową konkurencję. Wśród wielu powodów sukcesu tego serialu jest jeden, który widzowie kochają najbardziej: obsada. Dlaczego właśnie ci aktorzy sprawili, że ponownie zatęskniliśmy za ogniem, krwią i intrygą? O tym opowiemy już za chwilę (i z humorem, jak przystało na przyzwoitych Targaryenów z piórem w dłoni).
Prawdziwe smocze talenty
Wybór aktorów do świata Westeros to nie lada wyzwanie – trzeba mieć twarz, charyzmę i umiejętność rzucania złowrogich spojrzeń pod złotymi lokami. I tutaj castingowcy „Rodu Smoka” wykonali królewską robotę – dosłownie. Od pierwszych chwil serialu, Olivia Cooke jako Alicent Hightower i Emma D’Arcy w roli Rhaenyry Targaryen pokazały, że kobiety w tym uniwersum nie tylko są silne, ale też potrafią skraść każdą scenę, niezależnie od tego, czy właśnie zaczyna się wojna, czy rodzinny obiad.
Matt Smith, bo każdy potrzebuje trochę szaleństwa
Jeśli ktoś miałby odegrać charyzmatycznego, nieprzewidywalnego i nieco niepokojącego księcia Daemona Targaryena – to tylko Matt Smith. Jego kreacja to mieszanka Jamesa Bonda, Jokera i… może małego smoka w ciele człowieka. Do dziś nie wiadomo, czy Daemon jest bardziej niebezpieczny jako wojownik, czy jako człowiek planujący niedzielne grille z rodziną królewską. Jedno jest pewne: jego obecność na ekranie magnetyzuje i przyprawia o gęsią skórkę.
Młodzież, która skradła show
Czym byłby ród Targaryenów bez kolejnego pokolenia, które zrobi jeszcze większy bałagan niż poprzednie? Milly Alcock i Emily Carey, czyli młodsze wersje Rhaenyry i Alicent, zdobyły serca widzów szybciej niż Drogon mógłby podgrzać wieżę zamkową. Ich chemia ekranowa, emocjonalna głębia i absolutna naturalność sprawiły, że wiele osób z żalem żegnało się z nimi po przeskoku czasowym. Ale spokojnie – w Westeros każdy ma szansę wrócić, nawet po pożarze, zdradzie i śmierci. Zwłaszcza z takim talentem.
Bohaterowie drugiego planu, którzy świecą równie jasno
Ci, którzy myślą, że tylko główna obsada się liczy, nigdy nie widzieli Rhysa Ifansa w roli Otto Hightowera. Spokojny, zimnokrwisty, z miną człowieka, który właśnie dowiedział się, że ciasto jest bez glutenu – a przy tym diabelnie skuteczny manipulator. A Steve Toussaint jako Corlys Velaryon? Król mórz, dziedzic stylu i ikona ekranowej elegancji ze srebrnymi dredami. Nawet smoki nie mają takiej gracji w locie, jak on wchodząc na Radę Królewską.
Ród Smoka Obsada – czyli sukces nie w pojedynkę
Na sukces serialu pracuje wiele elementów: scenariusz, efekty specjalne, muzyka, smoki (oczywiście) – ale sercem każdej opowieści są ludzie. I tutaj właśnie ród smoka obsada zasługuje na osobne brawa. Złożona z aktorów i aktorek z różnych zakątków świata, o różnym doświadczeniu i wieku, stała się jedną z najlepiej dobranych drużyn w historii fantasy. To nie tylko zbiór świetnych występów, ale prawdziwa ekranowa alchemia.
Dla tych, którzy chcą zanurzyć się głębiej w świat bohaterów, relacji za kulisami i smoczych ciekawostek – polecamy zajrzeć tutaj: ród smoka obsada. Uważajcie jednak, bo możecie wsiąknąć głębiej niż Jon Snow w śnieżny krajobraz Północy.
„Ród Smoka” udowodnił, że nie trzeba odtwarzać sukcesu poprzednika scena po scenie – wystarczy stworzyć nową legendę z nowymi twarzami. A twarze te, choć może początkowo nieznane szerokiej publiczności, rozgrzały ekrany telewizorów do czerwoności. I to nie tylko dzięki temu, że większość z nich regularnie zionie ogniem. To właśnie dzięki tej obsadzie, konstelacja Westeros ponownie jaśnieje, a my – widzowie – z radością rezerwujemy miejsce na kanapie na kolejne sezony. Bo z takim aktorskim smoczym stadem nawet los Targaryenów wydaje się mniej tragiczny. Choć nie gwarantujemy, że nikt nie zginie. W końcu to Westeros – tu śmierć przychodzi szybciej niż spoiler na Twitterze.